Dolina Alamut – góry, bluetooth i… irańskie porno

Czasem wydaje Ci się, że jesteś na totalnym odludziu, o którym pamiętają tylko satelity GPS. W miejscu, w którym jedynym przejawem cywilizacji jest przejeżdżający raz dziennie samochód. I wtedy pojawia się pasterz, który prosi o włączenie Bluetootha, bo chce Ci wysłać irańskie porno.

Magia irańskich gór...

Magia irańskich gór…

Wieczorem dojeżdżamy do miejsca, gdzie kończy się droga utwardzona – obłędnie pięknej, malowniczej łąki, usytuowanej niemal pod samą przełęczą, którą następnego dnia mam pokonać. Tym razem pieszo. Tymczasem zachodzące słońce rzuca ciepłe, miękkie światło na dwie malutkie chatki stojące przy żwirowej drodze.

Zbliżamy się do przełęczy...

Zbliżamy się do przełęczy…

Gestem dłoni pokazuję pasterzom, że mam namiot więc dziękuję za gościnę i gdzieś się tu rozłożę.

Gdzieś czyli tam, gdzie będzie najmniej owczych gówien.

Już sobie wysprzątałem kawałek trawki, już sięgam po namiot, już mam wbijać pierwszą szpilkę, gdy kątem oka zauważam, że idzie do mnie ów pasterz, z którym chwilę wcześniej rozmawiałem na migi. Błagam… nie chce mi się teraz z nikim gadać…

Idealne miejsce na namiot...

Idealne miejsce na namiot…

Ale nie. On nie chce gadać (czy raczej nie zna angielskiego, bo chcieć to pewnie by chciał) tylko pokazuje, żebym się tu nie rozkładał bo… No tak. Język migowy. No to gramy w kalambury. Bo… później, znaczy wieczorem… góry… aha – z gór zejdą… zwierzęta? Owce! I to jest ich miejsce! Udało się – zgadłem! Ok. To teraz moja kolej – ja pokazuję, a on zgaduje. Chciałem go zapytać, czy po drugiej stronie drogi mogę się z moim majdanem rozłożyć. A on… skubany zgadł od razu. I pokiwał z aprobatą głową.

Kilkanaście minut później mój namiot już stoi, a ja przechadzam się po moim królestwie. No dobra, nie po królestwie tylko po łące i nie do końca moim, bo bardziej tych pasterzy. Ale wolę wersję o moim królestwie.

Znikają ostatnie promienie zachodzącego słońca, które właśnie schowało się za pobliskim górami. Chyba wrócę już do namiotu i pójdę spać…

Jedyne zabudowania w pobliżu...

Jedyne zabudowania w pobliżu…

No nie… kolejny pasterz idzie w moim kierunku. Ja naprawdę uwielbiam kontakt z miejscowymi, ale to już 4 tydzień, jak odpowiadam na pytania typu „where are you from?”… Ale ok. Trzeba być miłym, uśmiechać się więc jedziemy.

- Salam alejkum – pasterz ma nie więcej niż 30 lat, nieco znoszone ciuchy, a na głowie kapelusz z kowbojskim rondem.

- Salam alejkum – na tyle jeszcze mi mój perski pozwala.

- [pasterz wygłasza tyradę po persku]

- No Farsi. No Persian. English. Only English.

- [pasterz wygłasza drugą tyradę po persku, a żeby ułatwić mi zrozumienie robi to szybciej niż za pierwszym razem]

- Hmm… a pa ruski panimajetie? Gawaritie pa ruski?

- [trzecia tyrada po persku]

Gość zaczyna mnie irytować, bo nawet nie próbuje się ze mną porozumieć. Na migi, rysując coś patykiem na drodze. Cokolwiek. Można zrobić milion rzeczy, a on ma to wszystko tam, gdzie słońce nie dochodzi. Gada żeby gadać. Do siebie? Nie… utrzymuje kontakt wzrokowy. Ale kurwa ile można?!

- Za cholerę cię nie rozumiem. Nie znam perskiego i chyba sobie nie pogadamy – jak on ma w dupie, to że ja nie znam perskiego, to ja będę miał w dupie jego brak znajomości polskiego. A co! Od tej pory gadamy już całkiem normalnie tylko w dwóch językach. To, że żaden nie ma pojęcia, co mówi drugi jakoś nie ma znaczenia.

Dobra pogadaliśmy – ja o zorzy polarnej, on o sposobach uprawy kakao w Brazylii. Ewentualnie odwrotnie. Bez znaczenia. Ewidentnie nie zamierza mnie zostawić więc przykładam ręce do głowy w geście oznaczającym, że idę spać. Bo, czy może być jakiś bardziej międzynarodowy gest?

Nie pytam o środkowy palec…

- [kolejna tyrada po persku]

Kurde. Jakiś dziwny typ. Albo wariat. Albo przebrany bin Laden, który zaraz się wysadzi. Dobra – lecimy dalej. Otwieram namiot, siadam w środku i po raz kolejny pokazuję, że chcę iść spać. A ten zamiast sobie pójść, to kucnął przede mną i się gapi… Nie wiem. Mam go wypchnąć? Mam go po prostu siłą wywalić? Wolałbym to zrobić bardziej dyplomatycznie, bo jakby nie było zamierzam tu spędzić całą noc.

- Mobile, mobile! – wydusił z siebie pierwsze słowo po angielsku! Szok! Niedowierzanie! Po 15 minutach „rozmowy”.

- No mobile. No work. No battery – uciąć temat i iść spać, uciąć i spać…

- Mobile, mobile! – dyskusja ewidentnie się rozkręca…

- No mobile. No battery. Sleep.

Zmieszał się na chwilę. Myśli, myśli… Nagle szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy.

- Bluetooth, bluetooth!

Możesz sobie wyobrazić, jaką miałem minę, kiedy irański pasterz, w sercu gór, poprosił o włączenie bluetootha. Taką jaką Ty byś miał(a) gdyby w Polsce, podszedł do Ciebie Eskimos i zapytał, czy możesz mu polecić jakiegoś dobrego szamana w Zimbabwe.

- No bluetooth. Sleep.

Zmieszał się ponownie. Wyjął swój telefon, jedną z pierwszy Nokii z kolorowym wyświetlaczem, i zaczął czegoś gorączkowo w niej szukać. Po chwili z nieskrywaną dumą pokazuje mi co ta znalazł.

Patrzę, przyglądam się. Nie wierzę.

Przyglądam się jeszcze raz. No jak nic. Nie chce być inaczej – gość właśnie mi pokazuje irańskie porno! Jakość dramatyczna, ale sądząc po konturach ludzkich plam, to jadą „na pieska”.

Twarz pasterza dosłownie promienieje dumą. I z tą dumą ponawia propozycję…

- Bluetooth, bluetooth :D

Myślałem, że padnę ze śmiechu. Ta sytuacja jest tak absurdalna, że aż niemożliwa. A jednak – mam przed sobą irańskiego pasterza, który chce mi bluetoothem przesłałć irańskie porno.

- No thank you. No bluetooth. Sleep.

W jednej chwili spoważniał. Schował telefon i gestem pokazał mi żebym poszedł spać u niego. Albo z nim. Nie do końca wiem, jakie ma intencje…

- No, no. Sleep here – dla pewności pokazałem to na migi.

W tym momencie mój pasterz odkrywa w sobie ukryte wcześniej zdolności do komunikacji na migi. Ze śmiertelnie poważną miną pokazuje na zbocza gór i, że coś przyjdzie. Potem przykłada ręce do twarzy i pokazuje długi pysk pełny ostrych zębów. Następnie przeciąga kantem dłoni po szyi w jednoznacznym geście… Cóż chce mi powiedzieć, że nie mam szans przeżyć tej nocy, jeśli nie pójdę z nim.

Hmm… spokojnie. Pomyślmy spokojnie, bo nawet nie mam spisanego testamentu… Zastanówmy się, kto jest bardziej wiarygodny – normalny, starszy facet, który pokazał mi, że mogę się tu rozbić i, że jest ok, czy gość, który nie chce zrozumieć, że nie znam perskiego, udaje, że nie rozumie migowego, a potem chce mi wysłać filmy porno? Oczywiście nie mam pewności, że przeżyję, ale jednak postanawiam zaryzykować, uwierzyć pierwszemu i zostać w swoim namiocie. Pasterz odchodzi wybitnie niepocieszony.

A w nocy? A w nocy słychać donośne wycie wielu zwierząt…

Noc w dolinie Alamut

Noc w dolinie Alamut

Tak na marginesie, bo przyszło mi właśnie do głowy… Jeśli w Iranie za kradzież obcina się rękę, to co się obcina za posiadanie zakazanego prawem porno…?

Dolina Alamut - trochę lasu na pustyni
Mototaxi. W górach. 3000 m.n.p.m.