Bajkał: Sludianka – dworzec z białego marmuru

Z Kułtuku, w którym zakończyliśmy trekking trasą Kolei Krugobajkalskiej, do Sludianki mamy jakieś 8 km. Kolejne próby kupienia wędzonego Omula, na którego mamy niesamowitą ochotę, nie przynoszą skutku więc nie pozostaje nam nic innego niż ruszać w dalszą drogę. Nasz jedyny plan na resztę dnia, to dojechać do Sludianki, znaleźć nocleg, a potem obijać się, obijać się, obijać się. Znaczy… chciałem powiedzieć wypoczywać i relaksować.

Sludianka - dworzec kolejowy z białego marmuru

Sludianka – dworzec kolejowy z białego marmuru

Ponoć jeżdżą tą trasą jakieś autobusy. Ba! Na pewno jeżdżą, bo droga przy której stoimy, to fragment bardzo ważnego Traktu Moskiewskiego – drogi łączącej stolicę z Dalekim Wschodem, której budowa ruszyła już w 1730 r. na polecenie cara Piotra I, później przebudowywanej i, oczywiście, wyasfaltowanej. Tyle, że nie ma ani rozkłady jazdy ani też nikt nie potrafi nam dokładnie powiedzieć, kiedy będzie najbliższy autobus. Będzie, to będzie. I już.

- Spróbujmy złapać stopa – rzuca Karolina

Po raz drugi patrzę z niedowierzaniem na naszą trójkę i 3 ogromne plecaki. To chyba niemożliwe żeby ktoś nas zabrał. To, że raz na północy się udało, to przecież tylko wyjątek potwierdzający regułę. Niedługo okazuje się, że po raz drugi nie mam racji. No cóż… w kwestii autostopu dopiero raczkuję. Po odprawieniu kilku aut, które nagle, w magiczny sposób zamieniały się w taksówki, a ich właściciele żądali opłaty, zabrało nas dwóch starszych panów. Gadka szmatka, a co robicie, a skąd jesteście, a jakie macie plany – standardowy zestaw pytań, na który odpowiadamy przynajmniej raz dziennie od początku podróży. Pytają też o bardziej praktyczne rzeczy.

- A gdzie chcecie się zatrzymać?

- Właściciel miejscowego Muzeum Minerałów, wynajmuje też pokoje więc pewnie tam. Ale wysiądziemy w centrum żeby nie robić kłopotu i już sobie poradzimy.

- Zawieziemy was na miejsce.

- Ale…

- Zawieziemy, żaden problem – powiedział kierowca, jednocześnie odbijając na południe od głównej drogi.

Ale słodycze mają mega!

Ale słodycze mają mega!

Skoro nalegają… widać życzliwość i chęć pomocy w Sludiance nie jest mniejsza niż wcześniej u pana Kuzniecowa. Tylko się cieszyć! Podjeżdżamy pod furtkę – potężny kawał żelastwa wbudowany w potężny mur. Jakiś bunkier, czy co?! Dzwonimy i po chwili zza setek kilogramów stali wygląda pani. Ponura, sprawia wrażenie niesympatycznej – ma mniej więcej taką minę, jak typowa pani w ZUSsie. Dobrze, że nie kazała nam pobrać numerka i czekać. Pytamy o noclegi. Faktycznie mają pokoje, ale zostały same bez prysznica, niewygodne i w ogóle takie nie bardzo. Takimi słowami nas przekonuje, a raczej zniechęca pani właścicielka. Brak wygód to żaden problem, ale jeśli ma nam taką łachę robić i to jeszcze za jakieś absurdalnie duże pieniądze, to poszukamy chyba czegoś innego. Wsiadamy z powrotem do samochodu (Nie mówiłem, że panowie uparli się, żeby na nas zaczekać? No to mówię.) i jedziemy do centrum. Tyle razy dziękowaliśmy, mówiąc, że już sobie poradzimy, a oni za każdym razem, że nie, że nam pomogą, że jeszcze kawałek podwiozą, że poczekają. Bardzo to miłe, ale jednocześnie… dziwne… Kilka minut później wszystko się wyjaśnia. Prawie wyjaśnia. Kierowca pośród wielu słów, których za cholerę nie byłem w stanie zrozumieć, rzucił coś co zrozumieliśmy wszyscy – „150 rubli”. Łatwo się domyśleć o co chodzi i co to za kwota. Tyle właśnie okazała się być warta ta ich uczynność i życzliwość. Jak oni, tak po chamie, podstępnie nas chcieli naciągnąć, to my w ramach rewanżu twardo – „nie panimaju”. I już. On swoje, my swoje. On nie zna angielskiego, my rosyjskiego więc jego strata. W pewnym momencie kierowca się poddał, ale jak wysiadaliśmy, to widać było, że jest poirytowany. My również – takie robienie w jajo jest delikatnie mówiąc nie na miejscu.

Inwazja zardzewiały anten

Inwazja zardzewiałych anten

Ostatecznie zatrzymujemy się w przyzwoitym hotelu, jakieś 1,5 km. od centrum miejscowości. Noc kosztuje 500 rubli (50 zł.) od osoby, a miejscówka ta kojarzy mi się z postkomunistycznym hotelem pracowniczym. Bez znaczenia – ważne, że jest gdzie odpocząć po 4 – dniowym marszu. Rozwieszamy na krzesłach wciąż wilgotne namioty, bierzemy prysznic (jak to jednak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba…), kładziemy się na chwilę – ot tak, odpocząć przed zwiedzaniem. Chwila się przeciąga… trwa już 30 minut… wydłuża się do godziny… dwóch…

- To jak? Idziemy?

- Tak, ale… za chwilę…

Sludianka

Sludianka

Nasza chwila trwała coś koło 2h. To co teraz? No to chodźmy się przejść. Sludianka to niewielka miejscowość licząca niecałe 20 000 mieszkańców. Jej nazwa pochodzi od rosyjskiego słowa „sluda”, czyli mika – minerał, który kiedyś był tu wydobywany na masową skalę. Główną atrakcją jest wspomniane Muzeum Minerałów, do którego wstęp kosztuje 100 rubli (10 zł.). Kolekcja jest dość bogata chociaż w porównaniu ze zbiorami, które widziałem w analogicznym muzeum w Finlandii, nie robi na mnie szczególnego wrażenia. Mimo to, jeśli już się tu dotrze to warto zajrzeć, a jeśli zna się rosyjski, to właściciel dużo ciekawych rzeczy o swojej kolekcji opowie. Drugim ciekawym miejscem jest… dworzec kolejowy. Stacja „Sludianka” znajduje się na szlaku Kolei Transsyberyjskiej, a jej budynek jest jedynym na świecie dworcem, w całości wykonanym z bloków białego marmuru. Trzeba przyznać, że prezentuje się bardzo ładnie. Tak samo ładnie, jak znajdujące się wewnątrz, w poczekalni, skórzane kanapy i telewizory LCD. W końcu czego się nie robi dla pasażera, prawda? Oprócz tych dwóch miejsc, miasteczko samo w sobie nie ma szczególnie dużo do zaoferowania. Stanowi jedynie świetną bazę wypadową w góry Chamar-Daban. My jednak się tym razem w góry nie wybieramy więc może chodźmy nad Bajkał?

Świetny pomysł. Zupełnie tak, jak wcześniejsze zainwestowanie w tradycyjny rosyjski napój wyskokowy i dużą butlę winogronowej fanty. Brzeg Morza Syberii w tej okolicy tworzą ogromne głazy, o które rozbijają się mniejsze lub większe fale albo… betonowe bulwary. Szału pod względem krajobrazowym nie ma. Rozsiadamy się na jednym z kamieni i popijając bardzo wymyśle drinki, których składu łatwo można się domyśleć, delektujemy się ostatnimi chwilami nad Bajkałem. Chociaż, jak rozglądam się dookoła, to słowo Bajkał wydaje mi się trochę na wyrost – południowa część jeziora nie ma nic z tego magicznego klimatu niedostępnej północy. Nie ma tych dzikich, strzelistych gór, w które mało kto się zapuszcza, nie ma gęstej, nieprzebytej tajgi, nie zastanawiasz się, czy za chwilę przypadkiem nie spotkasz niedźwiedzia. Wszystko takie bardzo cywilizowane. Wszędzie jakieś budynki, miasteczka, wioski, betonowe bulwary, z których wystają jakieś rdzewiejące druty. Jeżeli wybieracie się nad Bajkał, to zdecydowanie jedźcie na północ – do Siewierobajkalska i Niżneangarska. Tam dopiero poczujecie klimat i potęgę najgłębszego jeziora świata.

Bo przed domem można zaparkować nie tylko samochód

Bo przed domem można zaparkować nie tylko samochód

Fakt, że to miasteczko do najciekawszych nie należy, nie ma jednak dla nas większego znaczenia. Zatrzymaliśmy się tu tylko po to żeby trochę odpocząć po trekkingu i następnego dnia rano ruszamy do Irkucka – okaże się być pięknym i jedynym w swoim rodzaju miastem…

Kolej Krugobajkalska - śladami dawnej Kolei Transsyberyjskiej
Irkuck - miasto, które zapada się pod ziemię